Centrum Kultury
i Rekreacji

Na dobrą sprawę uznać by można, że plac Staromłyński jest – obok lądeckiego Rynku – drugim zabytkowym centrum miasta. Wystarczy wyliczyć budynek dawnej słodowni i browaru miejskiego z 1567 r., kościół – a w zasadzie jego zgliszcza – parafii ewangelickiej, sięgający korzeniami do roku 1848, stojący przed nim pomnik ku czci Marianny Orańskiej z 1866 r. i wreszcie dzisiejszy dom kultury z 1886 r.

Pierwsze, co rzuca się nam w oczy gdy idziemy po drugiej stronie rzeki, to bryła Centrum Kultury i Rekreacji. Obiekt oddano do użytku we wrześniu 1886 r., jako siedzibę Królewskiej Preparandy Nauczycielskiej, czyli seminarium nauczycielskiego. Spójrzcie w głąb podwórca, a dostrzeżecie jeszcze budynek niewielkiej sali gimnastycznej, który łączył się z dzisiejszym domem kultury nieistniejącym już boiskiem sportowym. W 1925 r. szkoła nauczycielska została zamknięta, nie zmieniła jednak edukacyjnego przeznaczenia, ponieważ działała tutaj tzw. realschule. Później – od połowy lat 30-tych zeszłego stulecia – notuje się mało chlubny okres życia tych murów: urzędowali w nich członkowie miejscowego zarządu przestępczej Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników, mówiąc krótko NSDAP. Epoka powojennych dziejów budowli to ponownie okres wykorzystania jej jako szkoły, najpierw jako liceum ogólnokształcącego, a później szkoły podstawowej. Od roku 1961 rozpoczęła się natomiast historia jej kulturotwórczej roli w życiu społecznym gminy.

W dzisiejszym Centrum Kultury i Rekreacji, obok typowych form jego działalności, funkcjonuje również biuro Informacji Turystycznej i Biblioteka.

Pomnik św. Trójcy

Było to na chłodnym jeszcze przednówku, choć śniegi już zeszły z ulic grodu i połaci okolicznych łąk. Jedynie wierzchołki wyższych gór bielały ciągle, ale już matowo. Minął zaledwie tydzień od Wielkanocy Roku Pańskiego 1739, kolejnego spokojnego roku pod panowaniem cesarza Karola IV Habsburga. Od trzech dni nieustannie dął od Śnieżnika wiatr wiosenny, duszny, dławiący, ten, który wielu już przyprawił o szaleństwo, karząc im się wieszać lub na inne metody iść ku samounicestwieniu.

Wtorek 7 kwietnia był dniem spokojnym. Wietrzysko dmuchało nieustannie, szkody przy tym nie czyniąc jednak żadnej, albowiem mieszczanie nie zrezygnowali jeszcze z zimowych rynsztunków. Nikt nie spodziewał się tego, co miało nastąpić tego wieczoru.

Nie poznaliśmy przyczyn zarzewia ognia, nie wiemy jak powstała skra pierwsza, kto ją wzniecił, zaprószył z niej czerwonego kura. Mieszkańcy grodu spali już, gdy rozległy się dzwony. Wszystko stało się tak szybko, że nim do akcji wkroczyła straż ogniowa, pożar ogarnął już całą kamienicę sąsiadującą przez ulicę z domem mistrza Klahra i z pomocą wiatru smagać zaczął przyległy budynek. Do akcji gaszenia stanęli wszyscy zdolni do działania mieszkańcy lądeckiego Rynku. Na nic jednak zdał się cały zapał i dobre chęci mieszkańców Lądka – podżegany przez fen ogień strawił dwie pierzeje: południową i wschodnią, ale też ratusz, z którym spłonęło archiwum miejskie. Straty były przeogromne, mimo tego mieszkańcy dziękowali Bogu, że nie spłonęło całe miasto. Jak olbrzymia była ich wdzięczność niech świadczy fakt, że zaraz po klęsce radca Antoni Reichel zjawił się w pracowni naszego mistrza Klahra i zlecił mu projekt i wykonanie figury wotywnej św. Trójcy, którą teraz podziwiamy.

Tym razem, opowiadając o kolejnym arcydziele naszej architektury, odejdźmy od reguły ignorowania detali oglądanego obiektu. Widzimy zatem otoczony bogato zdobioną balustradą pomnik wysokości siedmiu metrów, który składa się z szerokiego cokołu i osadzonej na nim kolumny. Przy czym da się zauważyć, że poziome przekroje obu części pomnika zbliżone są do kształtu trójkąta, co koresponduje z jego trynitarnym charakterem. Nieobznajomionym i innowiercom wyjaśniam, że słówko trynitarny odwołuje nas do kościelnego dogmatu uznającego istnienie Boga Jedynego w Trzech Osobach: Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Wprawdzie nasz pomnik nie wyraża idei trynitaryzmu bezpośrednio, jest ona za to widoczna w podziale jego elementów. Najważniejszą postacią jest tutaj figura Maryi Immaculaty, którą otaczają dwa poziomy świętych po trzech w każdym. Na poziomie niższym mamy: św. Łukasza Ewangelistę, patrona malarzy, artystów i lekarzy; św. Jana Ewangelistę, opiekuna aż 27 profesji, w tym teologów, pisarzy i aptekarzy oraz św. Antoniego Padewskiego, orędownika rzeczy i ludzi zagubionych, protektora małżeństw i narzeczonych. Na poziomie wyższym widzimy: św. Joachima, patrona rodziców i dziadków, św. Annę, matkę Maryi i św. Józefa, oblubieńca Maryi, patrona cieśli, drwali i rzemieślników. Jedynym świeckim elementem pomnika jest chronostych – tablica donatora obelisku.

Twórcą tej wspaniałej rzeźby jest Michał Klahr Starszy, to ostatnie dzieło życia tego mistrza śląskiego baroku i zarazem jedna z nielicznych rzeźb, które stworzył w kamieniu i które posiadają tak duże rozmiary.

Most św. Jana

Jak sądzicie: czy św. Jan od tego mostu i św. Jan Nepomucen to ten sam święty? Dzisiaj, w dobie internetu nietrudno było wyliczyć, że znamy równo 90-ciu świętych Janów. Z pominięciem trzech z nich reszta ma jakieś przydomki, a to Jan Chrzciciel Wu Mantang, a to Jan od Krzyża, to znowu nasz polski Jan Paweł II, a wreszcie Jan Nepomucen. Patronem mostu jest Jan bez przydomka, wydaje się być jednak pewne, że idzie o Jana Nepomucena, ponieważ most nasz przypomina most św. Jana w Kłodzku, którego z kolei podobieństwo do słynnego Mostu Karola w Pradze jest raczej bezsporne. W efekcie docieramy nad rzekę, co natomiast stało się nad rzeką? Z rzeką tą związana jest historia życia Jana Nepomucena, a raczej tragiczny jej finał.

Nasz święty, wołany też Nepomukiem, żył w latach 1350 – 1393 w czeskiej Pradze, gdzie był prezbiterem, czyli księdzem w katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha na Hradczanach. Jeszcze nieświęty Jan pociągnął 43 lata na Ziemi, co daje niezły wynik, gdy weźmiemy pod uwagę, że średnia długość życia w XV-wiecznej Europie wynosiła 28 lat. Tak czy inaczej mógłby jeszcze przez szereg lat zawyżać średnią człowieka wieków średnich, pojadając syto, gasząc pragnienie winem, odprawiając sakramenty i wygłaszając żarliwe kazania, ale na jego drodze pojawił się problem: niejaka Zofia Bawarska. Nie zrozumcie tego źle – Zofia Bawarska nie była jakąś białogłową, której nasz Nepomucen oddałby wierne serce. Była królową Czech i Niemiec a, co gorsza, żoną Wacława IV Luksemburskiego, lawiranta politycznego, i wielkiego zazdrośnika. Jan Nepomucen był spowiednikiem królowej Zofii.

Jak niesie historyczna fama, pewnego razu król Wacław IV wziął Nepomucena na mocniejsze spytki dotyczące tematów i treści, z których spowiadała mu się żona Zofia. Nasz święty poszedł jednak w zaparte i nie chciał pisnąć ni słowa, zasłaniając się tzw. tajemnicą spowiedzi. Rozwścieczyło to króla tak bardzo, że kazał księdza torturować, a potem utopić w rzece. No, nie jest to jedyna wersja opowieści tyczących żywota Nepomuka, ta jednak zdaje się najciekawsza. Co zaś do legendarnego cudu, którego dokonać musi każdy uświęcony, to utrzymuje się, iż w 1719 r. otwarto jego trumnę, w niej zaś znaleziono sczezłe truchło świętego, w którego czaszce odkryto nienaruszony zębem czasu język. Ładna historia, prawda?

Most św. Jana wybudowano w 1565 r. z kamienia łamanego, a jako lepiszcza użyto, zamiast wapna, białka kurzych jaj i piasku. Podobnie jak w przypadku kłodzkiego mostu świętego Jana. Nasz mostowy Nepomucen pochodzi z 1709 r., a jego autor nie jest ustalony, wiemy za to, że jego ostatnia restauracja odbyła się w 2013 r.

Źródło Chrobrego

W Lądku-Zdroju nazwy niektórych z zabytkowych obiektów, po wojnie przechrzczono na polskie, nierzadko propagandowe. Dzisiaj wracają do swych mian pierwotnych. Oczywiście niedorzecznością byłoby górę Dzielec wołać po staremu „Bismarckkoppe”, ale już źródło „Marianna” właściwsze jest niż „Dąbrówka”, a „Albrechtshalle” brzmi nawet intrygująco. O ile zatem dobrze jest, że nazwy pewnych obiektów wracają do korzeni, o tyle co do innych, to nowe nazwy przyrosły już i raczej nie zostaną zmienione.

Z nieskrywaną przyjemnością zaprezentujemy Wam w tejże chwili jeden z takich właśnie obiektów a mianowicie źródło „Chrobry”. Czym kierowali się polscy osadnicy zmieniając w latach 40-tych zeszłego stulecia nazwę źródła z „Łąkowego” na „Chrobry”? Po prawdzie nasi nie tak dawni przodkowie chcieli nie tyle wymazać wielowiekową obecność niemiecką na Ziemiach Odzyskanych, co za wszelką cenę udowodnić historyczne prawa Polski do tych terenów. O ile jednak weźmiemy Wielkopolskę, trochę Pomorze Zachodnie, a nawet chwilowo Dolny Śląsk, a raczej Śląsk, który onegdaj był jeden, to i owszem, trochę Polacy porządzili tymi terenami, w sam raz ze dwa latka około roku tysięcznego. Ziemia Kłodzka w ponad tysiącletnim okresie swojej historii pisanej nigdy nie była częścią ani Śląska, ani Moraw, ani też Bohemii. Wprawdzie w 1816 r. Prusaki włączyły Ziemię Kłodzką w granice prowincji śląskiej, ale gdybyśmy do 1945 r. wzięli mieszkańca Hrabstwa Kłodzkiego na przesłuchania, to za żadne skarby nie przyznałby, że on Ślązak jest, czy jakiś inny prowincjał. Na koniec tej dygresji tyczącej tożsamości mieszkańców Ziemi Kłodzkiej pragniemy Państwu zakomunikować, że kolejne pokolenia urodzonych tutaj Polaków wysysają z mlekiem matek poczucie tożsamości mieszkańca Hrabstwa Kłodzkiego, który z dumą akceptuje i pielęgnuje wielokulturową historię jego ojczyzny. A jak sami widzicie mamy się czym chwalić!

Źródło „Chrobry” wzięło swą nazwę od pierwszego króla Polski. Sam Bolesław I Chrobry nie otarł się nawet o Lądek-Zdrój, ale faktycznie, za jego panowania przez krótkie mrugnięcie okiem Ziemia Kłodzka była polska. Nazwa ta w jakiś sposób pasuje wszakże do naszego źródła. Czort go wie, może wspólny jest tutaj fakt, że Chrobry rządził tysiąc lat temu, słowem, naprawdę bardzo dawno temu, zaś woda ze źródła jego imienia pod względem zapachu jak i patyny, która ujęcie jej okrasza, zdaje się być podobna w długości historii. Tym samym picie jej jest czerpaniem z krynicy historii, a zdrowie przy tym przynosi i dobrą kondycję, więc kto nie spróbuje, nie będzie miał siły, ani ochoty iść dalej.

Zdrój Wojciech

Dotarliśmy oto do wrót budowli, której graficzne portrety są najwspanialszą kartą wizytową Kurortu Lądek-Zdrój. Słowa wszakże Państwu o nim nie powiem, zanim nie wykonamy drobnego eksperymentu, który uruchomi naszą wyobraźnię.

Odwróćmy się wszyscy w stronę, z której tutaj dotarliśmy. Widzimy przed sobą ponad dwustuletnią  Aleję Modrzewiową w marginesach gęstych zabudowań ulicy Orlej po lewej i Cienistej po prawej, przez pierwszy plan pni i igliwia starych drzew dostrzegamy plamy zdrojowego „Kinoteatru” i Amfiteatru, wiedząc, że niewiele za nimi stoi znane nam już sanatorium „Stary Jerzy”. Przyjrzyjcie się dobrze temu obrazowi. Teraz zamknijcie oczy, bo wsiadamy do wehikułu czasu naszej wyobraźni.

Jest rok 1678. Ponad trzysta lat temu. Każde z Was, wybaczcie protekcjonalny zwrot, jest w tej chwili Johannesem Sigismundem Hoffmannem von Leuchtenstern. Jesteście zarządcą Hrabstwa Kłodzkiego, ale przede wszystkim właścicielem miejsca, w którym stoicie. Przed Wami ścielą się pochyłe orne grunty i łąki, na których pasą się krowy i biegają owce, za nimi dopiero widać zakład „Stary Jerzy”, rzec można, iż teren przed nami jest pusty aż po najstarszy lądecki zdrój. Proszę otworzyć oczy i spojrzeć teraz przed siebie. Dziękuję bardzo.
Według jedynej polskiej monografii o Lądku-Zdroju, autorstwa wybitnego lądczanina prof. Wojciecha Ciężkowskiego, pierwsze źródło bijące w tym miejscu odnotowano w 1625 r. W roku 1672 teren ten nabywa wspomniany Zygmunt Hoffmann, który 6 lat później odkrywa w pobliżu inne źródło, postanawia ująć nową krynicę w koryto i zbudować tutaj zakład leczniczy. Najmuje kłodzkich architektów-budowlańców Krzysztofa Gröera i Józefa Sassa, którzy w ramach prac budowlanych odnajdują szczątki dawnych urządzeń łaziebnych. To właśnie po ocenie ich wieku powstanie naszego zdroju datuje się na rok 1241. Dwa lata później do użytku oddany zostaje obiekt wzorowany na tureckich łaźniach, nazwany „Marienbad”. Zakład zbudowany przez Hoffmanna działa kolejne 200 lat, czyli do roku 1878, kiedy to budowlę rozebrano i postawiono na jej miejscu nowe sanatorium, nawiązujące wprawdzie do starego kształtem bryły, wykonane jednak w stylistyce barokowej. Obiekt ten mamy teraz przed sobą.

Zbliża się południe. O bogactwie wspaniałych detali i całostek architektonicznych, jak i innych walorach „Zdroju Wojciech” mógłbym prawić do jakiejś pół do dziewiątej. Zaręczam, nie wytrzymacie tego. Proponuję zatem, co innego. Wejdźmy do wnętrza tej świątyni zdrowia i w milczeniu chłońmy jej niezwykłą urodę. Skosztujmy w pijalni wspaniałej zdrowotnej wody, a potem usiądźmy w mieszczącej się tutaj kawiarence.

Sanktuarium Zdrojowe

Postać Zygmunta Hoffmanna już po raz trzeci pojawia się podczas naszej wędrówki po arystokratycznej części Lądka-Zdroju. Zarządca kłodzki, prócz nosa do inwestycji, posiadał także cechę zwaną bogobojnością. Jak dalece był osobą wierzącą, niech świadczy fakt, że wraz z budowaniem łaźni zwanej dzisiaj „Zdrój Wojciech”, wyłożył grubszy pieniądz na kaplicę zdrojową pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. Pamiętacie jak wyglądał zdrój lądecki w 1678 r.? W tej jego okolicy nie było nic poza łąkami, polami i nieużytkami, dlatego nie dziwota, że kaplicę zdrojową hrabia Hoffman nazwał „Na Pustkowiu”.

Położona we wschodnim narożu przepięknego „Parku Tysiąclecia” kaplica chowa się lekko swoją przyziemną częścią za „Albrechtshalle”. Nasz Hoffmann postawił ją w 1679 r., a poświęcona była rok później Najświętszej Marii Panny Na Pustkowiu. Pierwotnie skromniejsza, poszerzona została w 1690 r. o dwie boczne nawy. Jak donosi prof. Ciężkowski, hrabia budował kaplicę z myślą o stworzeniu z niej kościoła parafialnego dla jego lądeckiego „księstewka”, jednakże biskupstwo praskie nie wyraziło zgody na podział naszej parafii i kaplica do dnia dzisiejszego jest świątynią służącą głównie gościom kąpielowym.
Za chwilę wybije 16.00 i w świątyni rozpocznie się codzienna modlitwa różańcowa. Jest to jedyna codzienna możliwość odwiedzenia kaplicy, bo poza tym i niedzielnymi nabożeństwami, jej wnętrze zamknięte jest na cztery spusty. A wnętrze to warto zobaczyć choćby z uwagi na ołtarz główny z figurą Matki Boskiej z Dzieciątkiem pochodzącą z 1674 r. Dodajmy, że mamy tutaj też kilka ciekawych obrazów, które pochodzą z XVIII w., a ich autorstwo przypisywane jest mistrzowi śląskiego baroku Michaelowi Willmannowi. Wyjątkowość historyczna kaplicy „Na Pustkowiu” nie kończy się jednak na sztuce baroku. Pierwszy zegar bijący na kościelnej wieży ufundował w 1795 r., zasłużony wielce dla kurortu minister Śląska i Prus Południowych Karl Georg von Hoym. Dla nas jednak ważniejsza jest druga ciekawostka: otóż w 1697 r. zmarł nieodżałowany hrabia Johann Sigismund Hoffmann von Leuchtenstern, a jego doczesna powłoka spokój odnalazła w krypcie kaplicy „Na Pustkowiu”, dodam jeszcze, że kamienny kartusz herbowy dziadka Zygmunta zobaczyć możemy przy ołtarzu nad wejściem do zakrystii.

O, wybiła właśnie 16.00, a ponieważ jutro wyruszacie zapewne do czeskiej Pragi, gdzie śladami pana Bohumila Hrabala zajrzycie do piwiarni „U Zlateho Tigra”, więc mamy teraz jedyną okazję obejrzenia wnętrza naszej świątyni. Proszę o zachowanie spokoju i jedną zdrowaśkę za duszę pana Hrabiego, a drugą za pana Hrabala. Wchodzimy jak myszki. Teraz, albo nigdy.

Sanatorium Stary Jerzy

Stojąc przed tą, jak na Lądek-Zdrój niepozorną w swej prostocie budowlą, ośmielę się, jej historię rozpocząć od następującej genealogii:
Najpierwszy był Boczek z Podiebradów, który spłodził Wiktoryna z Podiebradów, ten zaś spłodził Jerzego z Podiebradów i Kunštátu, sławetnego króla Czech, który dał początek dynastii Podiebradowiczów na Śląsku płodząc sześciu synów i cztery córki, a pośród nich Henryka I Starszego z Podiebradów hrabiego kłodzkiego, który spłodził Albrechta, Karola i Jerzego Podiebradowiczów, jak i pięcioro innych dzieci. Ten natomiast ostatni z wyliczanki, Jerzy Podiebradowicz, mimo prób wielu, nie spłodził potomka żadnego, ale za to – przy żywej zgodzie rodzeństwa – zbudował pierwszy zakład przyrodoleczniczy, który nosi dzisiaj nazwę „Stary Jerzy“.

Roku Pańskiego 1498, w sam raz na św. Jana, w grodzie Kłodzko żywota dokonał tatulo Podiebradowiczów, wspomniany książę Rzeszy niemieckiej, książę ziębicki, oleśnicki i wołowski, hrabia kłodzki, Henryk I Starszy. Osierocone chłopaki, w wieku od lat 24 do 30, po szybkiej acz intensywnej żałobie, wzięli się za rządzenie sukcesją po ojczulku. Nie minął miesiąc, a Karol i Albrecht wysłali Jerzego do Lądka-Zdroju, który dzierżąc ich plenipotencje i dobre znajomości, ściągnął z Wiednia „doświadczoną i znaną osobę, Konrada z Bergu, urodzonego w Akwizgranie doktora sztuk wolnych, uznanego mistrza astronomii“. Konrad ocenić miał wartość naszej wody. Trudno sobie wyobrazić w jaki sposób mistrz astronomii i doktor średniowiecznych sztuk wyzwolonych – słowem, prawa, filozofii, gramatyki i ruchu ciał niebieskich – badał skład wody pierwszego z odkrytych u nas źródeł, ale wykazał w nim obecność siarki, miedzi, soli i ałunu. Według historyków są to bodaj najstarsze badania wód leczniczych w Europie, bo wyprzedzały analizy składu wód w Göppingen i Gastein profesora Paracelsusa o jakieś ćwierć wieku.

Ledwo Jerzy Podiebradowicz dostał do ręki wyniki badań mistrza Konrada, a już kazał sprowadzić mistrza cechu ciesielskiego z pomagierami, któremu zlecił pobudowanie przy ujęciu wody basenu kąpielowego i przykrycie go drewnianym pawilonem. Dodatkowo przy pawilonie powstała niewielka kaplica, nic bowiem nie cieszy kuracjusza bardziej niż solidna modlitwa przed zbawienną kąpielą. W tym samym czasie inna grupa budowlańców wystawiała obok zajazd. Czy wszystkie budowle ukończono pamiętnego 1498 r.? Trudno orzec. Napis „1498” na ścianie frontowej ewidentnie wykonany został współcześnie podczas jednego z ostatnich remontów. Jednak ten rok przyjmuje się za narodziny zakładu leczniczego, który zwać zaczęto, być może ku czci budowniczego, a może jego słynnego dziada, „Zdrojem Jerzy“.

Co do Podiebradowiczów, to nie cieszyli się zbyt długo posiadaniem zdroju, ani całego hrabstwa. Nie wiadomo, czy źle zainwestowali schedę, czy ją przehulali na szybkie konie i gry hazardowe, albo mieli jakieś kanały z królewskim fiskusem, dość na tym, że szybko dopadł ich prawdziwy mortus finansowy i zmuszeni byli w 1501 r. pchnąć hrabstwo pod młotek.

Od 1501 r. źródło zmieniało często swych właścicieli, by w 1572 r. przejść w ręce miasta. Historia tego obiektu to właściwie historia całego lądeckiego zdroju. I choć jego ekspozycja nie ma porównania do tej, jaką cieszy się Zdrój Wojciech, to w nim właśnie umieszczone jest najszlachetniejsze lądeckie źródło wody wyróżniające się dużą zawartością dobroczynnego radonu.

Kaplica św. Jerzego

Osobiście nie zdziwiłbym się wcale, gdyby nasze miasto nie nazywało się Lądek-Zdrój, ale Święty Jerzy. W sumie to szacowna nazwa, Święty Jerzy. Znamy przecież Saint Tropez, Sankt Petersburg, znamy Santa Eulalia, a nawet Świętą Katarzynę. Święty Jerzy zamiast Lądka-Zdroju byłby wprost wskazany, mamy tutaj bowiem źródło „Jerzy“, mamy sanatoria „Stary Jerzy“ i „Nowy Jerzy“, patronem miasta jest smokobójca św. Jerzy, a teraz, stoimy przed Kaplicą pod wezwaniem św. Jerzego.

Kaplica, którą widzimy nie jest pierwszą tutaj położoną, bo wcześniej, w 1637 r., stała w tym miejscu świątynia drewniana, ta zaś, jak widać, jest murowana. Zgrabna i proporcjonalna, przyciągająca spojrzenie barokowa budowla powstała w latach 1656 – 1658, a jej fundatorem był starosta kłodzki, graf Johann Georg von Götzen. Co do jej projektanta i wykonawców do dzisiaj nie ma zgody pośród historyków, nie będziemy więc ambarasować się skomplikowaną i przydługą listą domniemanych rzemieślników, warto natomiast odwiedzić jej wnętrze.
Ostatni remont kaplicy, zniszczonej przez czas i hordy wandali, przeprowadzono w 1998 r. I warto było, choć z oryginalnego XVIII-wiecznego wyposażenia pozostały zaledwie freski we wnętrzu kopuły. Dzieło to, ręki i konceptu Johanna Jacoba Eybelwiesera, ucznia „śląskiego Rembrandta” Michaela Willmanna, przedstawia sceny z heroicznego żywota św. Jerzego. Niezorientowanym w detalach życia naszego świętego, wyjaśniam, iż jest postacią legendarną i jak najbardziej historyczną. Legendarną, ponieważ uratował córkę władcy libijskiego miasta Lod z paszczy wrednego smoka terroryzującego przez lata jego mieszkańców; św. Jerzy wziął i zadźgał smoka bronią zwaną Ascalonem. Historyczną, gdyż znane są teksty źródłowe wskazujące na jego męczeńską śmierć: św. Jerzy, będąc chrześcijaninem, po torturach stracił głowę za swoją wiarę, dosłownie, bo mu obcięli ją siepacze cesarza rzymskiego Gaiusa Aureliusa Valeriusa Diocletianusa, a mówiąc krótko, Dioklecjana. Karty historii wskazują, że Dioklecjan chronicznie nie cierpiał chrześcijan. Zlecenie na naszego świętego Dioklecjan wydał jakoś w 303, 304, albo 305 r., dokładnie nie wiadomo którego roku, ale na pewno 23 kwietnia, akurat na imieniny Jerzego.

Freski w kopule lądeckiej świątyni, obrazują zarówno hagiograficzne aspekty życia świętego zabójcy smoka, jak i jego nieulękłe chrześcijańskie męczeństwo oraz okrutną śmierć.

Arboretum

Lądeckie arboretum, czyli ogród dendrologiczny, czyli miejsce, w którym gromadzi się i pielęgnuje najróżniejsze odmiany drzew i krzewów, jest jedynym odwiedzanym przez nas obiektem architektury, nie będącym budowlą, lub choćby większych rozmiarów rzeźbą. Co więcej nie jest też obiektem zabytkowym, niemniej wyjątkowość tego miejsca działa jak magnes i ominięcie go podczas naszej dzisiejszej wyprawy, byłoby nie lada stratą.

Znane nam publikacje opisujące lądeckie arboretum jako jego założyciela uznają Mieczysława Wilczkiewicza, leśnika i jednego z najbardziej znanych i zasłużonych polskich arborystów, który prowadził także w pobliskim Romanowie eksperymentalną szkółkę leśną. Nie trzeba było jednak talentu śledczego Sherlocka Holmesa, by odkryć, że historia powstania naszego ogrodu znalazła inną inspirację. Żyją bowiem jeszcze osoby, które brały udział w socjalistycznych czynach społecznych przy budowie lądeckiego leśnego ogrodu.

Otóż zgodnie z miejscowym przekazem na początku lat 70. XX w. pomysł założenia w Lądku-Zdroju arboretum przedstawił przewodniczący ówczesnej Miejskiej Rady Narodowej Józef Krzemień. Co ciekawe, impuls do założenia u nas ogrodu nie pojawił się ze strony istniejących już w Polsce od dawna ogrodów botanicznych. Według tego samego miejscowego przekazu, Józef Krzemień, zapewne podczas jednej ze służbowych podróży, podpatrzył próby założenia arboretum w Bystrzycy Kłodzkiej. Interesujący jest przy tym fakt, iż bystrzycki ogród budowali tamtejsi Romowie. Cóż, arboretum u sąsiadów nie przetrwało, gdy tymczasem lądecki ogród zdaje się przeżywać renesans zainteresowania jego walorami.

Ogród drzew i krzewów w Lądku-Zdroju powstał w latach 1972-74, największy udział w jego utworzeniu i zagospodarowaniu, co warto przypomnieć, obok przewodniczącego Krzemienia mieli Zdzisław Hutarz – leśniczy lasów gminnych i Józef Kubiesa, leśnik Lasów Państwowych, który zadeklarował opiekę nad powstającym ogrodem. Mieczysław Wilczkiewicz pojawił się już w trakcie nasadzania kolejnych okazów i to dzięki jego zainteresowaniu oraz kontaktom z wieloma ośrodkami botanicznymi w kraju i zagranicą lądeckie arboretum w 1974 r. posiadało 250 odmian drzew i krzewów. Na przestrzeni kolejnych lat okazało się, że nie wszystkie rośliny czuły się u nas dobrze i według ostatniej, przeprowadzonej w 1994 r. inwentaryzacji, odnotowano 150 gatunków.
Arboretum w Lądku-Zdroju położone jest na powierzchni 1,81 ha, nie należy zatem do ogrodów wielkich, jednak jego pofałdowanie, panujący tutaj swoisty mikroklimat i uroda porastającej go roślinności nadają mu charakteru powabnej tajemniczości. Dodać warto, że jest to najwyżej położone arboretum w Polsce. Bez wątpienia odwiedziny tego miejsca to wspaniała gratka dla botaników, ale to nie wszystko. Nie ma bowiem w Lądku-Zdroju miejsca lepiej nadającego się na romantyczne schadzki i spacery. Apeluję zatem do wszystkich zakochanych: zrezygnujcie z randek w kinach, teatrach, czy kawiarniach i spotkajcie się w lądeckim arboretum, a magia tego miejsca urzeknie towarzyszącego Wam Kupidyna, który Wasze otworzy Wasze serca i dusze. To miejsce ma też inny jeszcze czar: jego zgoła baśniowa aura pobudza błyski wyobraźni, których nie powstydziłaby się Frances Hodgson Burnett, autorka słynnego „Tajemniczego ogrodu”.

Źródło św. Jadwigi

Wychodząc z lądeckiego arboretum należałoby zwilżyć spierzchnięte od pysznych widoczków usta, a jako że jesteśmy na terenach wodonośnych, polecam zrobienie kilku kroków pod górę, do najbliższej ich krynicy, czyli Źródła św. Jadwigi.

Jak sami widzicie, ujęcie źródła naszej Jadwini Śląskiej to nie jakiś kątownik czy inna gazrurka wbita w ziemię, a cały pomnik wystawiony ku jej czci, jak i ku uciesze wędrowców, bo pić z niego można i usiąść na jego ławach. Zapewne jesteście ciekawi dlaczego zwykłe źródełko ujęte zostało w tak wysmakowany sposób? Spieszę więc z wyjaśnieniami.

Z pewnością już w pierwszych latach XX w. do Lądka-Zdroju przyjeżdżać zaczęli znani berlińscy potentaci przemysłowi bracia G. i M. Braun. Panowie musieli cierpieć na jakieś poważniejsze przypadłości, które wszakże zanikły po kuracjach w naszym uzdrowisku. Radość z ozdrowienia mieli tak sporą, że postanowili wyrazić ją publicznie, zlecili więc wykonanie oglądanego przez nas pomnika. Stare to były, moi Państwo, ale i dobre czasy – ludzie majętni potrafili się dzielić. Tak więc bracia Braun, ufundowali ten monument jako dar wotywny w podzięce za odzyskane zdrowie. Oni także, oddając w 1911 r. pomnik do użytku, przekazali źródło w opiekę św. Jadwidze. Oto na widocznej płaskorzeźbie podziwiać możemy wizerunek św. Jadwigi Śląskiej, która w ramionach trzyma miniaturę bazyliki w Trzebnicy. Nieotrzaskanym w dziesięciu tysiącach żywotów chrześcijańskich świętych, wyjaśniam, że św. Jadwiga Śląska, której nie należy mylić z królową i patronką Polski św. Jadwigą Andegaweńską, żyła na przełomie XII i XIII w. Pochodziła z bawarskiej familii von Andechs i saksońskich Wettynów, była żoną śląskiego Piasta Henryka I Brodatego, księcia wrocławskiego, krakowskiego i wielkopolskiego, za którego poszła jako dwunastolatka. Była ponoć osobą wyjątkowo skromną i zarazem niebywale aktywną. Budowała świątynie, między innymi wspomnianą trzebnicką bazylikę, leczyła chorych, karmiła biednych i wspierała rozwój osadnictwa na Dolnym Śląsku. Słynęła z tego, że chodziła boso i przeżyła ponad 60 lat, co w średniowieczu było przecież nie lada wyczynem. Jako swoistą zagwozdkę historyczną dodam, że w 1929 r. arcybiskup wrocławski kardynał Bertram podarował klasztorowi w Andechs, jako relikwię, drzazgę z głowy św. Jadwigi. Co drzazga robiła w świętej głowie?

Obelisk Marianny Orańskiej

Zauważyliście zapewne, że próbowałem się z lekka przypodobać krążącemu po okolicy duchowi naszej królewny Marianny Orańskiej. Chwaliłem Jej Wysokość za dobroć i wielkoduszność, kiedyśmy przy źródle jej imienia stali. Mówiłem, że jest postacią, o której pamięć trwa nieustannie w świadomości mieszkańców Doliny Białej Lądeckiej, czyli Lądka-Zdroju i pobliskiego Stronia Śląskiego. Żeby jeszcze bardziej ukazać Wam naszą pamięć, powiem, że znajdujemy się na Transgranicznym Szlaku im. Marianny Orańskiej. W pobliskich Siennej i Kletnie eksploatowano do niedawna marmur „Biała Marianna”, w Stroniu Śląskim działa Zespół Szkół Samorządowych im. Marianny Orańskiej, w Górach Bialskich mamy „Drogę Marianny” a w drodze na Śnieżnik zobaczycie Mariańskie Skały. Po prawdzie lista miejsc i obiektów związanych z imieniem królewny jest znacznie dłuższa, a ich umiejscowienie na terenie Hrabstwa Kłodzkiego bardzo rozciągnięte, ale teraz skupmy się na obecności królewny Marianny w samym Lądku-Zdroju.

Pamiętacie, wspominałem, że nasza Marianka zbudowała drogę z Ząbkowic Śląskich do przełęczy Płoszczyna. Stoimy oto przed obeliskiem, który w 1886 r. ufundowała Mariannie gmina lądecka w podzięce za tę drogę, w ich bowiem przekonaniu nić ta połączyła bezpośrednio Lądek-Zdrój z wschodnią częścią Dolnego Śląska, co wpłynęło znacznie na rozwój lokalnego handlu, a zatem i wielkość portfeli lądczan. Ten pseudogotycki obelisk, zwieńczony sterczyną z żabkami i kwiatonem, stoi równo w połowie ponad 55 kilometrowej drogi zbudowanej przez królewnę.

Pomnik ten parę lat temu odrestaurowaliśmy wspólnie z mieszkańcami naszej partnerskiej gminy w Holandii Goedereede, co mówię niejako pro forma, bo sami możecie odczytać inskrypcję wybitą na tablicy pamiątkowej, zdobiącej obelisk. Pierwotny, machnięty gotykiem napis odnosił się także do wdzięczności wobec Dobrej Pani za „otwarcie lądczanom drogi na świat”, został jednak ordynarnie skuty w okresie PRL. Oficjalna ceremonia odsłonięcia wyremontowanego obelisku odbyła się w 2010 r., który obwołany był na Dolnym Śląsku Rokiem Marianny Orańskiej. Okazją ku temu wyjątkowo właściwą było 200-lecie urodzin królewny niderlandzkiej, która władała ziemią w Dolinie Białej Lądeckiej przez 45 lat.